sobota, 24 listopada 2012

Magiczne sny Alii: rozdział I - "Tajemnica zamkniętego pokoju"



      Odgłos autostrady, przejeżdżających samochodów. Hałas i przepych. Dźwięk klaksonów, piski opon. Poślizg… I trzask. Głośny, przerażający trzask… A teraz ból, rozpacz i nieszczęście… Następnie głęboki smutek i samotność…
      Obudziłam się zlana potem. Co się ze mną działo? Już niezliczoną ilość razy miałam dokładnie taki sam sen… Zaczyna mnie to przerażać… Postanowiłam jednak o tym nie myśleć. Przez okno wpadały promyki zimowego słońca. Biały, puszysty śnieg okrywał świat. Śliczny był to poranek!
      Ubrałam się w dżinsy i mój ulubiony sweterek, a następnie wyszłam z mojego całkiem sporego i ładnie urządzonego pokoju i skierowałam się na dół. Zeszłam po marmurowych schodach, przeszłam przez krótki korytarzyk i weszłam do jasnej jadalni. Rodzice jedli już śniadanie i popijali ciepłą kawę. Na mnie zaś czekały już pyszne kanapki i herbata owocowa. Jak ja lubiłam te niedzielne poranki! Wszystko zdawało się być ciche i spokojne - przynajmniej w naszym miasteczku. Mieszkaliśmy bowiem w Błękitkach. Błękitki to niewielkie miasteczko, z niewieloma mieszkańcami i niewieloma sklepami. Niczego nam tu jednak nie brakowało.
      Nasz dom zaś stał na niewielkim wzgórzu, z którego rozciągał się przepiękny widok na okolicę. Czasami godzinami siedziałam, oparta o płot, i spoglądałam na rodzinne miasteczko. Całe moje dzieciństwo spędziłam właśnie w Błękitkach - na Magicznym Wzgórzu. Dlaczego się tak nazywa? Sama nie mam pojęcia, mama wymyśliła tę nazwę. Ale mnie się podoba. Magia… Jaka szkoda, że nie istnieje! Wiele rzeczy byłoby o wiele łatwiejszych, gdyby można się było nią posługiwać. Ja to potrafię, ale… tylko w wyobraźni. Niestety.
      Powoli zjadłam śniadanie. Rodzice zrobili to wcześniej, ale wraz ze mną siedzieli przy stole i dopijali kawę. Rozmawialiśmy sobie troszkę o błahych sprawach. Jak zresztą zwykle w niedzielę. Ale muszę przyznać, że lubiłam te pogaduszki. Były takie swawolne i wesołe.
      - Córciu, wyjeżdżamy dziś w ważnej sprawie - oznajmił mi tata, gdy skończyłam jedzenie. Miał kruczoczarne włosy i zielone oczy. Był bardzo przystojny.
      - Dokąd? - spytałam.
      - Jak zwykle ciekawa, co? - zaśmiała się mama. - Niedaleko, do sąsiedniego miasta - odpowiedziała na me pytanie.
      - A do kogo? - zapytałam. Chyba najczęstszą rzeczą, jaką robiłam, to właśnie wypytywanie. Ale co mogłam poradzić? Widocznie taką mnie już stworzono. Jedyne, co w tym dobrego to to, że wiedziałam kiedy skończyć. No, przynajmniej najczęściej…
      - Do pewnej starszej damy, księżniczko - odparł ojciec.
      - W interesach? - Znów te pytania… Czy ja kiedyś skończę?
      - Nie, w innej ważnej sprawie - powiedziała matka. Jakaż ona była piękna! Włosy miała tak samo czarne jak tata. Tyle że długie, z lokami. Do tego długie czarne rzęsy nad lśniącymi, bystrymi oczyma koloru bursztynu. Miała bardzo zgrabną sylwetkę, którą podkreślały idealnie dobrane stroje. Tata często nazywał mamę swoją królową, a mnie księżniczką.
      No właśnie, księżniczką… Na księżniczkę to ja się raczej nie nadawałam! Może nie byłam ani gruba, ani chuda, miałam jednak zwyczajne jasnobrązowe włosy (które czasem przypominały rude!) i zielonawe oczy, jednak nie tak zielone jak oczy ojca. Do tego kilka piegów na nosie i policzkach… I w ogóle jakoś tak sobie się zbytnio nie podobałam… Ach, chciałabym wyglądać jak mama!
      - A w jakiej to ważnej sprawie? - spytałam. Tatuś jednak posłał mi ostrzegające spojrzenie. - No dobra, dobra, o nic już nie pytam! - uspokoiłam rodziców.  Chyba im to wystarczyło, bo zaczęli przygotowywać się do wyjazdu.
*

      Rodzice wyjechali kilka godzin temu, ja od tamtego czasu czytałam książkę. Oczy mnie już jednak rozbolały, więc ją odłożyłam. Postanowiłam pójść na spacer. Wyszłam z domu, który następnie zakluczyłam i powoli zeszłam z Magicznego Wzgórza.
      Spacerowałam sobie po okolicy, którą doskonale znałam. Mogłabym tak chodzić z zamkniętymi oczyma - dzień i noc. Śniegu było po kostki, do tego skrzypiał mi pod stopami, ale jakoś dzisiaj mi to w ogóle nie przeszkadzało - wprost przeciwnie, jakoś dodawało uroku. Jak zwykle zimą, wcześnie zaczęło się ściemniać. Postanowiłam więc wrócić do domu.
      Rodziców wciąż nie było. Zaczęłam się niepokoić - mieli przecież być nieobecni tylko przez kilka godzin, a nie było ich już prawie cały dzień. Jakaż to ważna sprawa ich zatrzymała?
      Czekałam w swej komnacie. Ściany były pomalowane na jasne kolory - głównie na żółty i pomarańczowy. Miałam wielkie łóżko z baldachimem, spore biurko, dużą szafę, kilka regałów z książkami i rozmaitymi figurkami oraz okno wychodzące na ogród. Na ścianie wisiało mnóstwo obrazków. Rodzice, choć byliśmy bogaci (nie cierpię tego słowa!), nie rozpieszczali mnie. I jestem im za to wdzięczna - gdyby mnie rozpuścili, mogłabym stać się taka, jak moja sąsiadka - próżna i zakochana w samej sobie. Natalia była ładną blondynką, z błękitnymi oczyma. Uważała się jednak za królową świata. Nie przepadam za nią, choć jest jedyną dziewczyną w Błękitkach, która jest w moim wieku - również ma czternaście lat.
      Było już dość późno, poszłam więc do łóżka. Na początku nie mogłam zasnąć i czekałam na rodziców, jednak później nie wytrzymałam i dałam się porwać snu.
*
      Stałam przed ogromnym, ciemnym dworem. Był straszny i tajemniczy. Dokoła posągi o srogich twarzach. Patrzyły na mnie tak, jakby zaraz miały mnie pożreć. Posiadłość otoczona była rzadkim lasem iglastym. Nad dworem latały czarne jak smoła kruki…
*
      - Alicjo! Panno Alicjo! Proszę się obudzić! - Ktoś lekko mną potrącał. - Panienko!
      Obudziłam się. Wciąż była noc, deszcz bębnił głośno w szyby. Noc była czarna, bez jakiejkolwiek gwiazdy.
      - Co się stało? - spytałam zaspana. Obok mnie siedział nasz kamerdyner. Minę miał trochę przestraszoną, najbardziej jednak widać było na niej głęboki smutek.
      - Ja… To znaczy… - Wydawał się zakłopotany.
      - Czy rodzice już wrócili? - zapytałam pana Stasia, tak bowiem miał na imię mężczyzna. Był odpowiedniego wzrostu, miał kasztanowe włosy i bystre, szare oczy, które patrzyły teraz na mnie z żalem.
      - No, chodzi właśnie o to… że nie wrócili… Już nie wrócą…
      - Co to znaczy? - Byłam coraz bardziej zaniepokojona. Niech nie mówi tylko, że…
      - Nie żyją. Zginęli w wypadku samochodowym - oznajmił kamerdyner.
      - Nie… Niemożliwe! - Nie wierzyłam w te słowa. Oni nie mogli umrzeć! Nie mogli! To niemożliwe! Niemożliwe!!!
      Nie płakałam nawet. Byłam jak w transie. Jak w koszmarnym śnie, z którego miałam się zaraz obudzić. Chciałam nawet poprosić pana Stasia o to, aby mnie uszczypnął, nie byłam jednak zdolna do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Nie wiem, co było dalej… Nie pamiętam. Chyba zemdlałam.
*
      Gdy się obudziłam, był już dzień. Nie był on jednak tak ładny jak wczorajszy. Za oknem było szaro, a po nocnej ulewie śnieg zamienił się w okropną chlapę połączoną z błotem. Ubrałam się w byle co i powoli zeszłam na dół. Jadalnia świeciła pustkami, chociaż normalnie zawsze zastawałam tam radosnych rodziców. Przeszłam do salonu, następnie do sali balowej, sypialni rodziców, łazienek, kuchni, gabinetu ojca, a nawet do tych pokoi, które raczej nie pełniły żadnej określonej funkcji. Wciąż nawoływałam rodziców. Nigdzie jednak nie było ani mamy, ani taty. Zrozumiałam wtedy okropną prawdę. Rodzice nie żyli. Ten nocny koszmar… zdarzył się naprawdę… Co ja teraz zrobię? Nie mam żadnej innej rodziny. Poślą mnie do domu dziecka? Czy może wyląduję na ulicy? Nie chciałam o tym myśleć.
      Pałętałam się bez sensu po całym domu. Nic nie zjadłam. Służba, którą mijałam, miała poważne i smutne miny, choć zawsze była uśmiechnięta. Niektórzy próbowali mnie pocieszyć, inni dali sobie spokój. Ja sama byłam jakby nieobecna. Nie docierało do mnie żadne słowo.
      Około południa przyjechali jacyś panowie z policji. Chcieli ze mną porozmawiać, zgodziłam się więc.
      - Jak to się stało? - spytałam jednego.
      A było ich dwóch. Jeden rudy, z miłą twarzą, drugi poważny szatyn z kozią bródką.
      - Świadkowie twierdzą, że jeden z samochodów wpadł w poślizg i wjechał na samochód twoich rodziców. Przykro nam - oznajmił rudy.
      - Musimy teraz zdecydować, co z tobą zrobić - powiedział szatyn. - Nie masz podobno żadnej bliskiej rodziny?
      - Nie - odpowiedziałam krótko.
      - Cóż, będziemy musieli coś ustalić. Przez jakiś czas zostaniesz w swoim domu, potem zdecydujemy co dalej, zgoda? - rzekł rudy. Miał naprawdę troskliwy głos, polubiłam go.
      Kiwnęłam głową.
      Cały dzień siedziałam w swoim pokoju. Kucharz rozpaczał nad tym, że prawie nic nie zjadłam, mimo iż przygotowywał moje ulubione potrawy.
      Późnym wieczorem powrócili mężczyźni z policji. Zaczęli mówić coś o jakiejś pani mieszkającej w jakimś dworze… Była jakąś daleką ciotką czy coś. Zgodziła się mnie przyjąć. Zostałam zmuszona do szybkiego spakowania się i przebrania w sukienkę. Zupełnie nie wiedziałam, co to ma za znaczenie, czy jestem w spodniach, czy w sukience, nie chciałam się jednak kłócić. Spakowałam ulubione rzeczy, książki i inne przydatne rzeczy. Po resztę ktoś miał przyjechać później.
      Wsiadłam do samochodu i ostatni raz spojrzałam na swój dom. Był to piękny dworek z cudownym ogrodem. Dziś nie wyglądał bardzo okazale, było to jednak spowodowane brzydką pogodą. Łzy napłynęły mi do oczu. Zerknęłam jeszcze raz do tyłu, a następnie odjechałam w nieznane.
*
      Kiedy się obudziłam (zasnęłam bowiem w czasie podróży), wciąż byliśmy w drodze. Prawie nie widziałam krajobrazu, noc była bowiem bardzo ciemna, wydawało mi się jednak, że jedziemy przez las.
      - Przepraszam, czy daleko jeszcze? - spytałam.
      - Nie, już całkiem blisko. Zaraz za tym zakrętem - powiedział rudy mężczyzna siedzący obok prowadzącego policjanta z bródką.
      W tym momencie skręciliśmy i oczom moim ukazał się mój nowy dom. Przeraziłam się.
      Ujrzałam ogromny dwór, kilkakrotnie większy od mojego. Był okropnie ponury i tajemniczy. Ogrody wokół niego były niezadbane, wysuszone drzewa i dziwne rzeźby dawały na myśl cmentarz. Dokładnie jak z mojego snu. I ja miałam tu zamieszkać?!
      - No, panienko, to tutaj. Proszę wysiąść, ja wezmę bagaże - orzekł rudy.
      - Dobrze, dziękuję - odpowiedziałam i wysiadłam.
      - No, idziemy - powiedział już z bagażami w rękach. Ja jednak nie byłam w stanie się poruszyć. To miejsce mnie przerażało. W końcu jednak zmusiłam moje nieposłuszne nogi do ruszenia się.
      Szłam powoli między posągami, przyglądając się im. Były tak samo ponure jak dwór. Większość przedstawiała popiersia mężczyzn ze srogimi minami. Chyba byli niegdyś mieszkańcami tego okropnego dworu… 
      Aby dojść do drzwi frontowych, trzeba było wejść po kilku kamiennych schodach. Gdy już weszliśmy do środka, oniemiałam z wrażenia.
      Staliśmy w ogromnym hallu. Naprzeciw nas wznosiły się wysokie schody, po prawym boku kilka ozdobnych drzwi, po lewym schody prowadzące na dół.
      Czekała na mnie kobieta ubrana jak pokojówka. No, zresztą nią była.
      - Pokażę ci pokój - oznajmiła obojętnym tonem i natychmiast ruszyła żwawym krokiem, musiałam ją dogonić. Za nami szedł rudy policjant, dźwigając moje walizki.
      Pokojówka poprowadziła mnie po schodach, skręciła w lewo, potem szliśmy prosto, skręciliśmy w prawo, weszliśmy po wąskich schodach, skręciliśmy w lewo, przeszliśmy kilka kroków korytarzem. Wtedy pokojówka gwałtownie zatrzymała się (omal na nią nie wpadłam) i otworzyła jedne z wielu drzwi po prawej stronie.
      - Oto twój pokój. Możesz się rozpakować, ale zaraz potem masz iść spać. Z panią Langstorf spotkasz się jutro, dziś nie ma dla ciebie czasu. Nie wychodź dzisiaj ze swojego pokoju, jasne? - Pokojówka wpuściła mnie do pokoju.
      - Dlaczego? - spytałam. Starałam się, aby mój głos brzmiał uprzejmie, nie bardzo mi się to jednak udało.
      - Ponieważ - rzekła z przekąsem - panna Langstorf sobie tego nie życzy. A i ty, i ja, jak zresztą wszyscy w tym domu, muszą się jej słuchać, jasne? - zapytała szorstko.
      - Tak - odpowiedziałam tylko.
      Nie polubiłam tej pokojówki, byłam też pewna, że nie będę miała wspólnego języka z „panną Langstorf”. W ogóle co to za nazwisko?
      Zrobiłam jednak to, co mi kazano. Rudy policjant powiedział, że nazywa się Kowalski, jeszcze raz wyraził swój żal z powodu śmierci mych rodziców, pocieszył mnie trochę, odstawił moje walizki i pożegnał się. Podziękowałam mu za wszystko, co dla mnie zrobił i zamknęłam drzwi.
      Rozejrzałam się po moim nowym pokoju. Był niewielki w porównaniu z moim starym, urządzony skromnie, nie był jednak brzydki. Stały w nim łóżko, szafa, komoda, jeden regał, stare biurko.
      Rozpakowałam swe rzeczy i padłam na łóżko. Nie było ono zbyt wygodne, nie miałam jednak czasu się nad tym zastanawiać. Przez chwilkę opłakiwałam rodziców, ale po kilku minutach zasnęłam.
*
      Długi, mosiężny klucz ukryty w ciemnym miejscu.
      Ciemny korytarz, zamknięte drzwi.
      Tajemnica.
*
      Miałam jeszcze zamknięte oczy i dziwne uczucie, że ktoś mnie obserwuje. Otworzyłam oczy i przetarłam je. Przede mną stała młoda pokojówka. Nie była to ta jędza, która odprowadzała mnie wczoraj.
      - Kim jesteś? - spytałam. Byłam okropnie zmęczona.
      - Jestem panienki pokojówką. Będę tu sprzątać, prać pańskie rzeczy i robić tym podobne rzeczy - odparła z uśmiechem. Była to szczupła blondynka z szarymi oczyma. Włosy miała związane w dwa warkocze. Wyglądała mi na miłą osobę.
      - Ależ ja nie potrzebuję pokojówki! - powiedziałam. - Sama mogę sobie posprzątać - rzekłam. Nie lubiłam, gdy ktoś inny wykonywał pracę, a ja patrzyłam z założonymi rękoma.
      - Ach, panienko, niech się panienka nie wygłupia - odparła. Wciąż szczerze się uśmiechała, aż mi się jakoś lżej na sercu zrobiło.
      - Jak masz na imię, jeśli oczywiście mogę wiedzieć? - spytałam. Jakoś byłam strasznie tego ciekawa.
      - Mam na imię Paulina, mam szesnaście lat - odrzekła. - A panienka ma czternaście, o ile dobrze pamiętam?
      - Owszem, ale za dwa miesiące kończę piętnaście. Dlaczego tu pracujesz? Nie powinnaś się uczyć? Jesteś przecież niewiele starsza ode mnie - powiedziałam. Muszę przyznać, że byłam trochę zdziwiona. Nigdy nie widziałam dzieci w pracy.
      - Cóż, moja rodzina jest dość duża, a z zarobków rodziców trudno nam się utrzymać. Więc jako najstarsza córka zaczęłam pracować - wyjaśniła, jak gdyby nigdy nic.
      - Zmusili cię do tego?
      - Ależ nie! Ja sama się do tego zgłosiłam. Rodzice początkowo nie chcieli wyrazić zgody, jednak w końcu ich przekonałam - rzekła. - Proszę się teraz przebrać i zaraz zaprowadzę panienkę do pani Langstorf, zgoda?
      - Dobrze - odpowiedziałam.
      Paulina wyszła, abym mogła się przebrać. Weszła z powrotem po kilku minutach.
      - Co panienka ma na sobie? - zapytała, widząc moje spodnie.
      - Eee, słucham? - spytałam. Nie wiedziałam, o co jej chodzi.
      - Ach, panienka nie wie. Tu nie można nosić spodni, jedynie suknie i spódnice. I nie mogą być krótsze niż do kolan - wyjaśniła spokojnie.
      - Kto wymyślił coś tak głupiego?
      - Pani Langstorf, oczywiście.
      Takiej odpowiedzi się spodziewałam.
      - Nie mam wielu sukienek, większość zostawiłam w domu, poza tym rzadko się w nie ubierałam, więc rodzice nieczęsto mi je kupowali - oznajmiłam Paulinie.
      - Nic nie szkodzi, kupi się. Ale ma panienka kilka ze sobą? - spytała.
      - Mam dwie, może trzy - odrzekłam.
      - Więc niech panienka którąś włoży. Ja czekam przed drzwiami - powiedziała i wyszła.
      Szybko się przebrałam w beżową sukienkę i wyszłam z pokoju. Na korytarzu czekała na mnie Paulina. Poprowadziła mnie korytarzami, schodami i innymi przejściami, aż w końcu się zatrzymała.
      - To komnata panny Langstorf - oznajmiła. - Niech panienka uważa, jest trochę opryskliwa - ostrzegła ponuro. - Lepiej niech się jej panienka słucha i będzie dla niej uprzejma.
      - Postaram się - przyrzekłam.
      Zapukałam i po zgodzie na wejście przekroczyłam próg.
      Komnata panny Langstorf była kilkakrotnie większa od mojej w starym domu. Urządzona była po staroświecku, jak zresztą cały ten dziwaczny dom, miało to jednak jakiś dziwny urok. Sama pani Langstorf siedziała w wysokim, wyściełanym fotelu obok kominka, na którym wesoło iskrzył się ogień.
      - Dzień dobry, panno Langstorf - przywitałam się grzecznie.
      - Dzień dobry, Alicjo - odpowiedziała. Nie miała miłego głosu, do tego słychać w nim było nutę kpiny. Była to starsza kobieta z siwymi włosami upiętymi w ciasny kok. Ubrana była w długą suknię, przypominała kobietę ze średniowiecza. Bystre, ciemne oczy spoglądały na mnie niechętnie, bury kot siedzący jej na kolanach miauczał nieznośnie.
      - Twoi rodzice poprosili mnie, abym w razie konieczności cię przygarnęła - oznajmiła obojętnym tonem.
      - Czy jestem z panią jakoś spokrewniona? Słyszałam, jak panowie z policji mówili, że jest pani moją ciocią. - Sama nie wierzyłam w te słowa, musiałam się jednak tego dowiedzieć.
      - Podsłuchiwałaś?! - spytała ostrym tonem.
      - Ależ nie! Jak miałam tego nie słyszeć, skoro stali obok mnie? Zresztą nawet gdyby, czemu nie miałabym tego wiedzieć?
      - Nieważne. A co do twojego pytania - nie, nie jestem z tobą spokrewniona. Powiedziałam im to jednak, gdyż inaczej posłaliby cię pewnie do sierocińca. - Jej twarz prawie nic nie wyrażała, może lekką pogardę.
      - Aha.
      Czyli nie miałam żadnej rodziny. Trochę mi się przykro zrobiło na tę myśl, ale poczułam również ulgę - jakoś nie polubiłam panny Langstorf.
      - Jesteś na pewno strasznie rozpuszczona - powiedziała jak gdyby nigdy nic. - Chcę, abyś wiedziała, że tu nikt nie będzie cię rozpieszczał. Sama się będziesz sobą zajmowała. Dałam ci co prawda pokojówkę, ale nie myśl, że będziesz tu sobie odpoczywała. Na pewno znajdzie się dla ciebie jakieś zajęcie! Trzeba czegoś nauczyć takich rozpieszczonych dzieciaków jak ty! - oznajmiła.
      - Wcale nie jestem rozpuszczona! - wybuchłam. - Już szybciej pani… - zaczęłam, ale powstrzymałam się. Nie byłam przyzwyczajona do obrażania dorosłych. Poza tym miałam wrażenie, że mogłoby się to dla mnie nieprzyjemnie skończyć.
      - Aaa, chyba się troszkę zapędziłaś, co? - spytała z pogardliwym uśmieszkiem. - W każdym razie… Postaram się znaleźć jakąś robotę dla ciebie, przy odrobinie szczęścia zaczniesz jutro.
      - A szkoła? Do jakiej szkoły będę chodziła? - spytałam.
      - Szkoła? Nie będziesz chodziła do szkoły - powiedziała.
      - Słucham? A co z moją edukacją? Czy tutaj będę się uczyła? - zapytałam rozdrażniona. Wprawdzie nie przepadałam za sprawdzianami, testami i furą zadań domowych, mimo tego jednak nie pociągała mnie myśl o zaprzestaniu nauki. Bo bez wykształcenia co miałabym robić w przyszłości? W końcu jestem dopiero w gimnazjum!
      - Nie będziesz się uczyła ani w szkole, ani tutaj. Jeśli chcesz, możesz w wolnych chwilach pouczyć się sama w bibliotece.
      - Jej, jaka pani dobroduszna! - Nie mogłam się powstrzymać przed tą uwagą.
      - Nie zapominaj, do kogo się zwracasz! - ofuknęła mnie Langstorf. Jej twarz wykrzywił grymas.
      - A co, może do królowej świata? Nic pani nie obchodzi to, że moi rodzice nie żyją, nie chce pani posłać mnie do szkoły i do tego…
      - DOŚĆ! - wykrzyknęła staruszka. - Nie życzę sobie zwracania się do mnie takim tonem! Mam gdzieś to, że twoi rodzice nie żyją i to, czy będziesz się uczyć, czy też nie! Ciesz się, że daję ci dach nad głową, ty rozpuszczona dziewucho! - Aż przestraszyłam się wyrazu jej twarzy. Był tak wściekły! A gdyby można było zabić samym spojrzeniem, już dawno obie byśmy nie żyły - i ja, i ona obdarzyłyśmy siebie nawzajem nienawistnym spojrzeniem.
      Z głową wysoko uniesioną obróciłam się na pięcie i nic nie mówiąc, wyszłam, trzaskając za sobą drzwiami. Panna Langstorf stała się moim wrogiem.
      Zaraz za drzwiami spuściłam wzrok i patrząc wciąż na posadzkę, oddaliłam się od komnaty tej wiedźmy. Zwróciłam się w prawą stronę, przeszłam do końca korytarza i chcąc skręcić w lewo, w kolejny, zderzyłam się z kimś i upadłam.
      Chłopak, na którego wpadłam, podał mi rękę i pomógł wstać. Skorzystałam z pomocy i gdy stałam już na własnych nogach, przyjrzałam mu się.
      Muszę przyznać, że był bardzo przystojny - dobrze zbudowany blondyn z  brązowymi oczami, wyglądającymi bystro spod ciemnych brwi.
      - Dobrze się czujesz? - spytał.
      - Tak, dziękuję - odparłam.
      - Jesteś pewnie nową mieszkanką dworu, co? Alicja, tak? - zapytał. Uśmiechnął się do mnie przyjaźnie.
      - Tak - odparłam i odwzajemniłam uśmiech. - A ty kim jesteś?
      - Mam na imię Aleksander. Jestem siostrzeńcem panny Kordelii.
      - Kogo? - zapytałam. Czyżby chodziło o…
      - Panny Langstorf, oczywiście - odpowiedział uprzejmie. - Nie wiedziałaś, że ma tak na imię? - spytał, widząc wyraz mojej twarzy.
      Kiwnęłam potwierdzająco głową.
      - Cóż, właściwie ci się nie dziwię. Niewiele osób wie, jak ma na imię. Wszyscy nazywają ją panną Langstorf. A właściwie dlaczego się tu znalazłaś?
      - Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym - powiedziałam. Łzy zaczęły napływać mi do oczu, wytarłam je jednak szybko, nie pozwalając sobie na rozklejenie się. - A ty dlaczego mieszkasz z ciotką?
      - Moi rodzice również zginęli. Nie wiem jednak jak. Byłem wtedy bardzo mały, nawet ich nie pamiętam. - Zamilkł na chwilę.
      - Przykro mi - powiedziałam. On też wyraził żal wobec tragicznej śmierci moich rodziców, a następnie ucięliśmy sobie wesołą pogawędkę na temat panny Kordelii. Omówiliśmy wszystkie jej wady. Obojgu nam zrobiło się lepiej.
      - Miałabyś może ochotę na poćwiczenie szermierki? - spytał później. - To świetna zabawa i może się na coś przydać. - Jego oczy dziwnie zalśniły. Ostatnie słowa wymówił jakimś tajemniczym głosem, którego jeszcze u niego nie słyszałam.
      - Nigdy jeszcze nie próbowałam… - Zastanowiłam się przez chwilę. - No dobra! - rzekłam w końcu.
      - Super. Może jutro rano? Najbardziej lubię ćwiczyć rankami. To taka spokojna pora, można się skupić.
      - Zgoda. Będziesz jednak musiał mnie zaprowadzić do sali ćwiczeń. Jeszcze nie zapoznałam się z tym dworem, a jest on ogromny. Właściwie nie mam też pojęcia, jak trafić do mojego pokoju… - Spuściłam wzrok. Nie wiedziałam, jak trafić do swojego pokoju. Przecież to brzmiało okropnie głupio! Ale cóż… Naprawdę nie miałam pojęcia, gdzie on się znajduje.
      - Zaprowadzę cię, powiadomiono mnie, który pokój otrzymałaś. I tak chciałem cię poznać. Jesteśmy w końcu współlokatorami, nie?
      - No, prawda - zgodziłam się.
      Aleks, tak bowiem miałam na niego mówić, odprowadził mnie do pokoju. Pogadaliśmy sobie jeszcze trochę i odkryliśmy w sobie bratnią duszę. Gdy zrobiło się późno, Aleks pożegnał się ze mną i udał się do swoich komnat.
*
      Obudziły mnie promyki słońca. Muskały moje policzki i nie dawały pospać dłużej.
      We śnie znów błądziłam po ciemnych korytarzach, odnalazłam zamknięte drzwi oraz klucz. Obudziłam się jednak, zanim je otworzyłam.
      Około siódmej przyszedł Aleks. Zeszliśmy do wielkiej jadalni, w której zjedliśmy pyszne śniadanie. Następnie udaliśmy się do sali, w której ćwiczono szermierkę. Ku mojemu zdziwieniu, nie przebraliśmy się w żadne specjalne stroje, jakie czasem widziałam w telewizji podczas zawodów szermierzy,  Aleks poradził mi jednak ubrać wygodne spodnie.
      Sala była większa niż się spodziewałam. Jako chyba jedyne pomieszczenie nie wyglądała staroświecko, ale nowocześnie. Na ścianach wisiały florety, rozmaite szpady, a nawet najprawdziwsze miecze! W kątach pomieszczenia stało parę zbroi, na ścianach wisiało kilka obrazów przedstawiających krwawe walki. Nie tak sobie wyobrażałam tę salę, byłam też jednak pod wrażeniem.
      Aleks wziął jeden z floretów, inny podał mnie.
      Zaczęliśmy pojedynek, bez jakichkolwiek wstępów, rozgrzewek czy nauk. Szło mi jednak jakoś dziwnie dobrze. Aleksander był znakomicie wyszkolony, ale był także pod wrażeniem moich zdolności.
      - Walczyłaś już kiedyś? - spytał, próbując zadać pchnięcie w moje lewe ramię. Zrobiłam szybki unik.
      - Nie. Ale to nie takie trudne jak się zdawało - odparłam i wykonałam skomplikowaną serię pchnięć.
      Walczyliśmy jakiś czas. W pewnym momencie Aleks wziął ode mnie floret i wraz ze swoim odłożył go na miejsce. Sięgnął po miecze.
      - Co ty wyrabiasz?! - przeraziłam się i odruchowo cofnęłam. Przecież tymi mieczami można było z łatwością kogoś zabić!
      - Spokojnie, tylko poćwiczymy. Będziemy walczyć w zwolnionym tempie, ok? Chcę ci po prostu pokazać kilka taktyk. Musisz też inaczej stawiać stopy. Spokojnie, nie zrobimy sobie krzywdy, jeśli oboje będziemy ostrożni - próbował mnie uspokoić, widząc moją przestraszoną minę.
      Niechętnie się zgodziłam.
      Ale wcale nie było źle, chociaż miecz był dość ciężki. Wszystko robiliśmy bardzo powoli, chodziło głównie o odparowywanie ciosów i grę nóg. Po chwili troszeczkę przyspieszyliśmy. Szło nam świetnie. Do tego muszę przyznać, że całkiem dobrze się bawiłam, choć cień lęku pozostał.
      Przez prawie cały dzień ćwiczyliśmy, po południu dołączyły inne pary. Głównie jednak nam się przyglądano.
      Robiliśmy przerwy jedynie na posiłki i chwilowe pogaduszki, aby trochę odpocząć. Zupełnie zapomniałam o wczorajszym incydencie z Langstorf. Nie dostałam zresztą od niej dziś żadnej wiadomości, ze spokojnym więc sercem w nocy zasnęłam.
*
      Wyszłam z mojego pokoju. Jakaś tajemnicza siła poprowadziła mnie w prawo, do końca korytarza, w ślepy zaułek. Tak mi się przynajmniej zdawało. Coś jednak pchnęło mnie do odgarnięcia dywanu i otworzenia poluzowanej deski. W środku znajdował się długi, mosiężny klucz.
*
      Obudziłam się. Był chyba środek nocy, niebo było usłane gwiazdami. A ten sen…
      Koszmar o autostradzie i wypadku spełnił się. Sen o tajemniczym dworze też.
      A jeśli to kolejny sen tego typu? Jak to sprawdzić?
      Uśmiechnęłam się. Trzeba się po prostu udać w to miejsce i zerknąć pod dywan. To przecież żaden grzech. Ale jakoś nie uśmiechało mi się spacerować po tym dworze nocą. Ale z kolei za dnia ktoś mógł mnie przyłapać…
      Ciekawość jak zwykle zwyciężyła. Wzięłam latarkę przywiezioną z domu i wyszłam z pokoju. Tak jak to uczyniłam we śnie, skręciłam w prawo. Poszłam do końca korytarza, rozglądając się, czy nikt czasem nie idzie. Ale nikogo nie było. Wokół panowała straszliwa cisza, słychać było jedynie moje ciche kroki i szybkie bicie serca. Gdy doszłam do ślepego zaułka, odsunęłam kawałek dywanu. Która to była deska? Podważyłam już kilka, żadna jednak się nie uchyliła. Już miałam się poddać, gdy nagle natrafiłam na tę właściwą.
      Uchyliłam ją, świecąc sobie latarką. Był tam. Długi i mosiężny, dokładnie taki, jak w moich snach. Więc zamknięte drzwi też musiały gdzieś być. Pytanie tylko gdzie?
      Wzięłam znalezisko, położyłam deskę z powrotem, zakryłam ją dywanem i w pośpiechu wróciłam do pokoju.
      Tam natychmiast zasnęłam.
*
      Rano byłam okropnie zmęczona i troszkę obolała po wczorajszych ćwiczeniach z Aleksem.
      Mój mały skarb leżał na dnie szuflady, między ubraniami. Postanowiłam poświęcić dzisiejszy dzień na poszukiwanie zamkniętych drzwi. Najpierw jednak udałam się na śniadanie (ledwo mi się to udało, bo oczywiście po drodze zabłądziłam), później trochę pogadałam z Aleksem. Darzyłam go zaufaniem, jednak sekret klucza, drzwi i moich dziwnych snów pozostawiłam dla siebie. Gdy wróciłam do swojego pokoju, zastałam w nim Paulinę.
      - Przywieziono resztę panienki rzeczy - oznajmiła mi.
      Rzeczywiście, na podłodze leżało kilka walizek i toreb, po brzegi wypchanych. Paulina opuściła mój pokój, ja zajęłam się rozpakowywaniem. Ze smutkiem patrzyłam na podarunki od rodziców, na moje obrazki z dzieciństwa i drobne skarby. Najbardziej się jednak rozkleiłam, gdy przejrzałam albumy. Piknik z rodzicami, wspaniałe wakacje nad morzem, wycieczka po górach, roztańczony Sylwester, rodzinne uroczystości.
      Oczy miałam opuchnięte od płaczu, ale po jakimś czasie uspokoiłam się. Poszłam do łazienki i przemyłam twarz zimną wodą. To mnie trochę orzeźwiło.
      Następnie wróciłam do pokoju, w którym ledwo pomieściłam swoje rzeczy i wyjęłam z komody klucz. Zabrawszy go ze sobą, udałam się na poszukiwanie zamkniętych drzwi.
      Wierzcie mi lub nie, szukałam przez kilka godzin. Nie dość, że ich nie znalazłam, to jeszcze całkiem się pogubiłam. W trakcie poszukiwań mojego pokoju natknęłam się na pannę Langstorf. Gorzej już być nie mogło.
      - Gdzieś ty się podziewała?! Za mną! - krzyknęła wściekła i złapawszy mnie za rękaw, pociągnęła do swojej komnaty.
      Wskazała mi krzesło, sama usiadła na swoim fotelu, kot łasił jej się do stóp.
      - No? Mogę się łaskawie dowiedzieć, dlaczego nie zjawiłaś się na swoim dyżurze w kuchni ani wczoraj, ani dzisiaj? Hę? - spytała. Patrzyła na mnie z ogromną nienawiścią. Jaka szkoda, że nie miałam w dłoni miecza, mogłabym ją troszkę przestraszyć…
      - Nikt mi nie powiedział o żadnych dyżurach! - wykrzyknęłam oburzona w odpowiedzi. Ogień w kominku się palił, Langstorf zapaliła też kilka kadzideł o różnych zapachach. Było strasznie gorąco i duszno. Chciałam jak najszybciej wyjść.
      - Jak to? Nie okłamuj mnie! Kazałam Weronice powiedzieć ci o dyżurach! - powiedziała ze złością.
      - Nic mi nie przekazała!
      - Łżesz!
      - NIC MI NIE PRZEKAZAŁA - powtórzyłam przez zaciśnięte zęby.
      - I znowu zwracasz się do mnie takim tonem! Czy nie pamiętasz naszej poprzedniej rozmowy?! Nie masz się do mnie tak odzywać!
      - A co mi pani zrobi? Jeśli będzie dla mnie pani miła, ja także będę miła dla pani - odpowiedziałam sztucznie uprzejmie.
      - Ci twoi rodzice niczego cię nie nauczyli? Szacunku dla starszych? Tego, że kłamstwo ma krótkie nogi? Co? Niczego cię nie nauczyli? Hę? Pewnie widzieli w tobie małą królewnę, na wszystko ci pozwalali i robili to, na co miałaś ochotę, co? - Wezbrała w niej furia.
      - Wcale nie! - krzyknęłam. - Byli wspaniałymi ludźmi, a pani jest okropną, starą wiedźmą! Nie zna się pani na ludzkich uczuciach i uważa mnie pani za kłamczuchę, którą wcale nie jestem! - Byłam wściekła. Tak wściekła, jak nigdy dotąd.
      - Oj, mała, ja ci zaraz… - zaczęła groźnie.
      Ale tego było już za wiele. Zerwałam się na równe nogi i wybiegłam z pokoju. Goniła mnie Weronika, pokojówka, którą widziałam pierwszego dnia.
      Pędziłam przez korytarze, schody, pokoje i sale jak szalona, zalana łzami, nie zwracałam najmniejszej uwagi na przechodzących ludzi.
      Chciałam uciec do swojego pokoju, ale gdzie on u licha był?! Ten budynek bardziej przypominał stare zamczysko niż dom! Tysiące pokoi, setka korytarzy…
      Biegłam i biegłam, wkrótce zaczęło mi brakować tchu. Pędziłam jednak dalej, po chwili trafiłam w ślepy zaułek. Tego brakowało. A Weronika wciąż mnie goniła, była na końcu tego korytarza, dobrze, że był całkiem długi.
      Rozejrzałam się dookoła. Naprzeciw miałam ogromne drzwi, po obu bokach zaś nic się nie znajdowało. Postanowiłam przejść przez drzwi, okazały się jednak zamknięte. Ale wtedy mnie olśniło.
      To były drzwi z mojego snu!
      W pośpiechu wyciągnęłam klucz i wsunęłam go w odpowiednie miejsce. Z łatwością przekręciłam zamek. Drzwi się otworzyły, ja szybko przez nie przeszłam i od wewnątrz zamknęłam.
      W ostatniej chwili. Weronika już tam była. Po drugiej stronie drzwi, w które teraz waliła. Krzyczała, wykrzykiwała najgorsze oszczerstwa, nie wpuściłam jej jednak. Po chwili jej krzyki ucichły - pewnie postanowiła dać sobie spokój. Albo poszła zaalarmować Langstorf.
      Dopiero teraz rozejrzałam się po pokoju. Ogarnęło mnie wielkie zdziwienie i zawód.
      To była zwykła rupieciarnia. Zakurzona, ze starymi kartonami, książkami, albumami i listami. Nic nadzwyczajnego. Dlaczego Langstorf zamknęła ten pokój na klucz? Nie było w nim nic, co różniłoby się od pospolitych strychów czy piwnic!
      Mimo to rozejrzałam się. Przeczytałam tytuły niektórych ksiąg, których kartki pożółkły już ze starości. Obejrzałam zawartość pudeł i stare zabawki.
      Nie chciałam jeszcze wychodzić. Bałam się, że ktoś mnie zobaczy… Właściwie to wspaniałe miejsce na coś w rodzaju fortecy. Tak, będę tu przychodzić, gdy panna Kordelia będzie mi urządzała kolejne awantury i chowała się przed Weroniką.
      Coś poczułam. To coś zmusiło mnie do odgarnięcia sterty pudeł.
      I co za nimi odkryłam?
      Drzwi. Zwykłe, drewniane drzwi. Poczułam narastające napięcie.
      Przeszłam przez nie.
      Było to jednak kolejne pomieszczenie zasypane starociami. Zwróciłam jednak uwagę na coś wysokiego i wąskiego, przykrytego płóciennym materiałem. Zdecydowanym ruchem dłoni ściągnęłam go.
      Oczom moim ukazało się lustro. Było drewniane, ale całkiem ładnie ozdobione. Ramę pokrywały kwiaty i winorośle.
      Najdziwniejsze jednak było moje odbicie.
      Miałam kruczoczarne włosy i cudownie zielone oczy. Cerę miałam całkiem czystą, bez jakiegokolwiek piega lub innej niedoskonałości. Zauważyłam również dziwną zmianę uszu - były jakieś takie spiczaste, takie, jakie w książkach i filmach miały elfy.
      Byłam zdumiewająco podobna do rodziców. Prawdziwa ja. Dokładnie tak samo wyglądałam w każdym z moich snów. Piękna i delikatna, z długimi, ciemnymi rzęsami i zaróżowionymi policzkami.
      Lustro było bardzo zakurzone. Postanowiłam więc lekko je przetrzeć, żeby lepiej widzieć swoje odbicie. Nie spostrzegłam żadnej szmatki, dotknęłam więc lustra dłonią.
      Ale na nic się nie natknęłam, moja ręka po prostu przeniknęła przez lustro. Szybko ją cofnęłam.
      Serce tłukło mi się w piersi.
      Ponownie dotknęłam tafli lustra, ale tym razem zagłębiłam w nim całą rękę. Następnie stopę i po chwili zanurzyłam się cała.

Rozdział II -> (28.11.12)

***
      Kolejne opowiadanie napisane za czasów gimnazjum. Doczekało się tylko tego rozdziału i początku drugiego, który opublikuję tu za kilka dni.
      Dziękuję wszystkim komentującym!

2 komentarze:

  1. Już czekam na drugi rozdział. Powiem że zaciekawiło mnie to opowiadanie (mimo iż wolę one-shoty).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się :) Tylko pamiętaj, że mam tylko początek II rozdziału ^^'

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie komentarz. Jeśli tylko czas mi na to pozwoli, z chęcią się odwdzięczę.