środa, 14 listopada 2012

Niewolnictwo w starożytnym Rzymie





      Nazywam się Allia. Pochodzę z Mediolanu.
      Gdy miałam dwanaście lat, mój ojciec Mariusz zginął w bitwie, a matka Diana umarła z rozpaczy. Zostałam sama z bratem Kryspinem. Miał wtedy zaledwie sześć lat.
      Przez jakiś czas udawało mi się utrzymać dom, wkrótce jednak nie starczyło mi pieniędzy. Ja i mój brat staliśmy się niewolnikami. Zostaliśmy wywiezieni do Rzymu na targ niewolników. Braciszek płakał, serce ściskało mi się z bólu. Starałam się go pocieszyć, a sama zachować powagę, wkrótce jednak ja również wybuchłam płaczem. Uspokoiliśmy się, gdy nad uchem świsnął nam bat. Wokół niskiego podestu zebrał się tłum ludzi. Pierwsi niewolnicy zostali już sprzedani. Nadeszła kolej Kryspina. Dyskretnie dałam mu całusa w policzek i szepnęłam na ucho, żeby się nie bał, że jeszcze się zobaczymy. Jednak wcale nie byłam tego taka pewna…
      Kryspina kupiła starsza pani. Nie wyglądała na bardzo surową. Miałam nadzieję, że nie będzie go źle traktować.
      Nadeszła moja kolej. Nogi miałam jak z waty, serce tłukło mi się w piersi. Pewien pan wychwalał moje zalety, ukrywał wady. Zaczęła się licytacja.
      Zostałam kupiona przez pewne małżeństwo. Zabrali mnie do domu.
      Klaudiusz i Celestyna (tak mieli na imię moi państwo) mieszkali w dużym, pełnym przepychu domu. Atrium i perystyl były bogato zdobione mozaikami. W atrium wspaniale prezentowała się fontanna, w perystylu zaś sadzawka z rybami i prześliczne rośliny. Zostałam oprowadzona po domostwie przez innego niewolnika - Klemensa. Gdy zapoznałam się z domem, Klemens przedstawił mi moje obowiązki - miałam zajmować się dziećmi państwa. „To nie tak źle”, pomyślałam. Następnie przedstawiono mi wychowanków - jedenastoletnią Julię, dziesięcioletniego Fabiana, dziewięcioletniego Oktawiana, sześcioletnie bliźniaki - Marka i Laurę - oraz czteroletnią Pię.
      Od tamtego czasu zajmowałam się dziećmi. Sporo problemów przysparzali mi chłopcy - często się bili lub męczyli siostry, robili niemiłe dowcipy wszystkim członkom rodziny i służbie, wszędzie było ich pełno.
      Julia, jako najstarsza córka, stawiana była za wzór rodzeństwu. Pia ją uwielbiała! A ponieważ była tylko rok młodsza ode mnie, często zasypywała mnie rozmaitymi pytaniami.
      Laura brała niestety przykład nie ze starszej siostry, lecz z brata bliźniaka, który z kolei robił wszystko, co Fabian i Oktawian.
      Musiałam więc opiekować się czwórką ciekawych świata dzikusów, małą Pią i dorastającą Julią.

      Życie szybko płynęło. Mam teraz piętnaście lat. Julia została właśnie wydana za mąż za Kwiryna. Zamieszkała w jego pięknej rezydencji.
      Fabian trochę spoważniał od czasu mojego zamieszkania w domu Klaudiusza i Celestyny. Nie podobało się to Markowi, bo teraz Oktawian wymyślał dowcipy, a często kierował je na Pię. Tego Marek naprawdę nie lubił.
      W niewoli nie było tak źle, jak myślałam. Moi państwo dobrze mnie traktowali, jak zresztą wszystkich służących.
      Posiłki jadałam wraz z innymi niewolnikami, spałam w niewielkim pomieszczeniu z Klarą, która sprzątała w domu.
      Pracowałam przez całe dnie, przerwy miałam, gdy dzieci się uczyły.
      Moją ulubienicą była Pia. Miała teraz siedem lat. Zabawa z nią sprawiała mi przyjemność. Pii chyba również - wyznała mi kiedyś, że mnie uwielbia. Łzy zakręciły mi się wtedy w oku - przypomniałam sobie Kryspina, którego kochałam nade wszystko. Wiedziałam też, że on odwzajemnia moje uczucia. Tęskniłam za nim i za rodzicami. Muszę jednak przyznać, że opieka nad dziećmi również sprawiała dużo przyjemności.
      Julia często odwiedzała rodzinę. Wtedy cała rodzina zbierała się w perystylu i rozmawiała. Miałam wówczas trochę wolnego czasu.
      Nadszedł dzień dziesiątych urodzin bliźniaków. Z tej okazji zorganizowana została uczta.
      Zaproszono wielu przyjaciół rodziny.
      Moim zadaniem było przygotować dzieci do uroczystości.
      Wszystkie zostały umyte i pięknie ubrane, chociaż większość czasu i tak musiały spędzić w swoich pokojach lub innych częściach domu.
      Uczta zaczęła się. Dorośli biesiadowali, ja z dziećmi bawiłam się w atrium. Po chwili dołączyły do nas inne dzieci, które zostały zaproszone. Choć zwykle nie zapraszano młodych przedstawicieli rodów, tego dnia uczyniono wyjątek za sprawą próśb i błagań Marka i Laury. Tak więc zabawiałam Fabiana, Oktawiana, Marka, Laurę, Pię, Rozalię, Rufusa i Stellę, siostrę Adriana.
      Adrian miał już szesnaście lat. Od razu mi się spodobał. Pomagał mi opiekować się całą rozbrykaną gromadką, zabawiał się z nimi jak dziecko. Był bardzo wesoły.
      Dzieci zaczęły się nudzić. Adrian podsunął grę w chowanego. Na początku ja szukałam.
      Znalazłam kolejno wszystkie dzieci, ale nie zdołałam odszukać Marka. Pomagali mi już wszyscy.
      Odnaleźliśmy go po żmudnych poszukiwaniach w piwnicy pod perystylem. Wcześniej przeszukiwałam to miejsce. Gdzie on wtedy był?
      Okazało się, że najpierw spłatał psikusa kucharzowi. Do sałatki włożył żabę i szybko się później schował.
      Popędziłam do kuchni, Adrian podążył za mną. Było jednak za późno. Służący zabrali już sałatkę, w której schowana była żaba.
      Po chwili rozległ się przeraźliwy krzyk jednej z pań. To była matka Rufusa.

      Miałam ogromne kłopoty po tym incydencie. Wszyscy wiedzieli, że to Marek podłożył płaza, ale to ja go nie przypilnowałam…

      Po kilku tygodniach życie toczyło się już spokojnie. Dzieci były bardzo grzeczne i posłuszne, Marek zaś stał się prawdziwym aniołkiem.
      Czasami spotykałam Adriana. Najczęściej było to na spacerach z dziećmi. Czasem wybieraliśmy się na Forum Romanum, czasem na Pola Marsowe, przechadzaliśmy się Via Sacra i Via Appia… Adrian był taki miły, rozmawiał ze mną i żartował jak równy z równym. Opowiedziałam mu wszystko o mojej rodzinie i o życiu u Klaudiusza i Celestyny.

      Gdy Adrian ukończył siedemnaście lat, zdarzyło się coś, co zmieniło moje życie na zawsze. Adrian wykupił mi wolność!
      Pół roku później wzięliśmy ślub. Wykupiliśmy również Kryspina, który miał już dziesięć lat.
      Rok później przyszedł na świat Oliwier.
      Mieszkaliśmy we czwórkę - ja, Adrian, Kryspin i Oliwier. Najszczęśliwsza rodzina na świecie!



„Praca poprawna pod względem merytorycznym i językowym. W pracy zawarto wiele informacji na temat pracy niewolników w domostwach rzymskich, zastosowano łacińskie nazewnictwo.
Imponująca fabuła, świadczy ona o dużej wyobraźni i talencie literackim uczennicy.
Bdb+”



***
      O ile dobrze pamiętam, opowiadanie to napisałam w pierwszej klasie gimnazjum, ale głowy nie dam. W każdym bądź razie chodziło o opisanie fragmentu życia niewolnika w starożytnym Rzymie. Oczywiście musiałam wtrącić tam wątek romantyczny ^^' Jak widać, miałam też wówczas skłonności do szczęśliwych zakończeń, nie to co teraz. 
      Ten dopisek pod spodem opowiadania to dokładne słowa, które napisała nauczycielka historii.
      Dziękuję wszystkim za miłe komentarze!

8 komentarzy:

  1. Jak to czytałam to do głowy mi nie przyszło że to praca do szkoły! Ciekawe ale koniec mało rozwinięty. Ale rozumiem- praca do szkoły a nie powieść romantyczno-historyczna czy jaka tam jeszcze ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, zwyczajnie nie mogłam za bardzo się rozpisywać, żeby nie załamać nauczycielki ^^'

      Usuń
  2. Dzięki za info!

    Ale słodkie opowiadanko! Szczerze mówiąc po tytule nie wiedziałam czego się spodziewać! Cóż... Byłam przekonana, że to będzie coś bardziej smutnego... A tu proszę! Słodka, romantyczna historia!

    No i gratuluję tego bdb+! ;D

    Ave i weny!

    K.L.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, wtedy miałam słabość do takich słodko-romantycznych historyjek...
      Dzięki :P

      Usuń
  3. Ech kiedyś już na bank to czytałam *głębokie rozmyślania* Nie no ale naprawdę opowiadanko takie słodkie i w ogóle Q.Q Ech początek smutny i w ogóle ale zakończenie szczęśliwe jak miło ^.^ (co ja w podobnej historii nie raczyłam zrobić -.-')
    Kurcze strasznie lubię klimat Rzymu i w ogóle Q.Q Ech i pewnie dlatego tak bardzo lubię "Quo Vadis" ^ ^"
    Kurczę noo na początku serce mi się krajało jak opisywana była śmierć rodziców (swoją drogą już w tedy lubiłaś imię Diana? xD)i i to sprzedawanie na targu T^T Nie no nie wyobrażam sobie czegoś takiego... To musiało być straszę być traktowanym jak rzecz i wystawianym na sprzedasz jak najzwyklejsze zwierze... No ale jak już wspominałam na szczęście mamy Happy end ;)
    Heh no i moje gratulację za ocenkę ;P Ech przypomina mi się jak to pisałam opowiadania w gimnazjum coś na kształt "Harego Pottera" ^ ^" Hmm ale chyba tak dobrej oceny jak ty nie dostałam xD

    Pozdro Suzu-chan :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałaś, czytałaś.
      Ja też lubię te klimaty. Swoją drogą, muszę kiedyś ponownie przeczytać "Quo vadis"...
      Tak, imię Diana lubię od dawna. Chyba od piątej klasy podstawówki, kiedy przeczytałam "Anię z Zielonego Wzgórza" (i całą resztę serii).
      Dzięki za odwiedziny :)

      Usuń
    2. Soka tak myślałam xD
      Hmm jak chcesz mogę kiedyś pożyczyć ci mój egzemplarz! xD
      Heh tak myślałam... Mi to imię też bardzo się podoba choć raczej to większego powodu nie ma...
      Oj nie ma za co wiesz że zawszę chętnie przeczytam co napiszesz ;*
      Pozdro Suzu-chan

      Usuń
  4. Bardzo fajne opowiadanie (moim zdaniem nie na bardzo dobry, a na celujący) :D
    Starożytny Rzym... ach! Jak ja uwielbiam opowiadania, których akcja toczy się wieki temu... zresztą, ogólnie uwielbiam historię <3
    Happy endy ostatnimi czasy bardzo mnie drażnią(wszystko przez książki, których autorzy o tym, jak to ich bohaterowie są szczęśliwi potrafili rozpisywać się na kilkanaście stron), ale tutaj akurat jest on taki... jakby to ująć... delikatny. Nie rozwodziłaś się nad tym bóg wie ile, co bardzo mi się spodobało:)

    Pozdrawiam- Andzik

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie komentarz. Jeśli tylko czas mi na to pozwoli, z chęcią się odwdzięczę.