poniedziałek, 5 stycznia 2015

Cha. Cha.

Ostrzeżenie
      Witajcie. Muszę się porządnie wyżalić, więc radzę nie czytać tej notki (a przynajmniej jej pierwszej części) tym, którzy: a) nie znoszą marudzenia, b) marzą o japonistyce. Pamiętajcie, ostrzegałam!
      Nie mam siły. Nie daję rady. O ile na I roku bywały chwile lepsze i gorsze, mimo wszystko przeważały raczej te lepsze. Teraz nie. Zdecydowanie nie. Jedyne, co zmieniło się na lepsze, to fakt, że od października pomieszkuję na lepszej stancji. Wystarczy przejść przez ulicę i jestem na kampusie (który co prawda muszę przejść calusieńki, aby dojść na mój wydział, ale to nic). Właścicielka mieszkania jest przesympatyczną kobietą, z którą mogę porozmawiać, pożartować… Na dodatek bardzo często raczy mnie obiadkiem bądź innymi przysmakami. To takie miłe! Od początku wiedziałam, że najlepiej mieszkałoby mi się z jakąś starszą panią. Miałam rację.
      Niestety, jeśli idzie o studia, jest coraz gorzej i gorzej. Do listopada włącznie JAKOŚ sobie radziłam (pomińmy niezdane kolokwium z pisma), ale grudzień to już istna masakra. Pierwszy tydzień przechorowałam, a co za tym idzie, narobiłam sobie zaległości (choć to jeszcze pół biedy, bo co się dało, to robiłam na bieżąco). Dodatkowo musiałam przeprowadzić wywiady z dwojgiem Japończyków (przez Skype’a; na szczęście z dwiema koleżankami, nie samodzielnie - w przeciwnym razie padłabym na zawał). Okropnie się stresowałyśmy, przez co pierwszy wywiad wypadł nie najlepiej (żeby nie powiedzieć: żałośnie), za to z drugim na szczęście było już w porządku.
      Ale potem nadeszły dwa ostatnie tygodnie przed świętami i to był już pogrom na całego. Nie wiedziałam już nawet, co się wokół mnie działo. Co zrobić? Na kiedy? Jak? Te i tysiąc innych pytań pozostawało zazwyczaj bez konkretnej odpowiedzi. Czułam się, jak gdyby wszystko przechodziło jakoś obok mnie, jakbym nie istniała, a mimo tego była zmuszana do robienia czegoś, czego prawie w ogóle nie rozumiem. Kolokwia, stosy zadań domowych, wejściówki, testy, wypracowania, raporty i Bóg wie co jeszcze… Czy my jesteśmy cyborgami, żeby to wszystko ogarnąć? Nie wiem, może gdybym nie była taka tępa, wiecznie zmęczona (dzisiaj na przykład nie mogłam zwlec się z łóżka i nastawiałam drzemki przez półtorej godziny - ja, która nigdy nie używa drzemek!) i słaba zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym, dałabym radę, ale w obecnej sytuacji dziwię się tylko, że jeszcze żyję. Więc zabijcie mnie. Byle szybko i bezboleśnie…
      Do tego dochodzą problemy ze zdrowiem. Nerwobóle (prawdopodobnie, bo kto to tam wie) i szaleńcze kołatania serca są na porządku dziennym. Katar - tradycyjnie, okej, z tym da się żyć. Z plecami różnie bywa, ale to moja wina, bo oczywiście nie ćwiczę tak często jak powinnam (a ostatnio prawie w ogóle, gratulacje, Aya-chan). Przez kilka ostatnich dni praktycznie nie mogłam wydobyć z siebie głosu - dosłownie. Zaczęło się niewinnie - od bólu gardła. Potem (w Sylwestra, hura) doszła chrypka (do teraz tak mi przykro, że nie mogłam pośpiewać razem z dziewczynami! T^T), a potem już kontaktowałam się z ludźmi wyłącznie za pomocą szeptu. Dopiero dzisiaj mówię chyba normalnie (zdarzają się jeszcze „zawieszki głosu” i boję się spróbować krzyczeć, ale poza tym jest względnie dobrze), ale za to wciąż męczy mnie kaszel. I dobra, więcej nie opowiadam, bo nie dość, że to przecież nikogo nie interesuje, to jeszcze dodatkowo się dołuję.
      Wracając do jakże wspaniałych studiów - nie zdałam już co najmniej dwóch kolokwiów (a na I roku zdawałam wszystko za pierwszym podejściem… gdzie jesteście, słodkie czasy?!). Na „do widzenia” (czyli na ostatnich zajęciach przed świętami - to znaczy… na ostatnich, na których byłam) pisaliśmy test, który zawaliłam na całej linii. Dostaliśmy prawie puste kartki, aby z pamięci napisać na nich czytankę. Hm, no cóż, oddałam arkusz w stanie niemalże nienaruszonym. Nie chcę być wredna, ale mam nadzieję, że nie jestem jedyną, która aż tak to zawaliła. Ale być może będę, bo wszyscy, którzy siedzieli wokół mnie, dzielnie zabazgrali swoje karteluszki. Super.
      Optymistyczny akcent? Niech będzie. Póki co wypracowania idą mi nieźle, ale nie zmienia to faktu, że na każde jestem zmuszona poświęcić od dwóch do czterech godzin.
      Nie wiem, jak mam przeżyć resztę tego roku. I jak przeżyć II rok po raz kolejny, bo że nie zdam, jestem już prawie pewna. Co mi strzeliło do głowy, żeby pchać się na japonistykę? Nie mogłam iść spokojnie na jakiś normalny kierunek? Na jakąś pedagogikę, psychologię, ekonomię, cokolwiek, co bez większego problemu zdają setki (jeśli nie tysiące) osób rocznie? Ale nie, mi się zachciało japońskiego! Jeny. Jeszcze jakieś półtora miesiąca temu bez cienia wątpliwości powiedziałabym, że mimo wszelkich trudności nie zamieniłabym tego kierunku na żaden inny, ale teraz… Teraz sama już nie wiem. Nic nie wiem. Dobry Boże… Nawet słodycze wciskam w siebie na siłę, próbując się przekonać, że poprawią mi nastrój. Ale nie, nie pomagają.
      I pomyśleć, że w takim gimnazjum czy liceum miałam wrażenie, że jest ciężko. Cha. Cha. Cha, cha. O, słodka naiwności! Pisanie takiej tam pracy maturalnej na polski było groteską w porównaniu z próbami stworzenia czegoś względnie logicznego po japońsku po ledwie roku nauki tego języka. Cha, cha.
      A co robię teraz? Zamiast pisać kolejne wypracowanie i - przede wszystkim - supiichi (tak, to od angielskiego speech) , siedzę na notką i się żalę. Tak, moi drodzy, najwyraźniej nastąpił powrót starej, (nie)dobrej Ayi-pesymistki. Hura.
      Dobra, koniec. Powiedziałabym, że mi ulżyło, gdy tak sobie pomarudziłam, ale skłamałabym, więc tego nie zrobię. O.

Tę część już można czytać
      Jak minęły Wam święta? To przykre, że zawsze mijają tak szybko. Najfajniejsze są właściwie przygotowania, kiedy to śpiewam z niemal całą rodziną Karpia, śmiejąc się i sprzątając, gotując… Dom lśni (tylko po to, by zaraz przyjechali goście i zrobili totalny bajzel), pachnie wypiekami, jest przystrojony i przytulny. Same święta są całkiem, całkiem, a potem nadchodzi ten moment, kiedy zdajemy sobie sprawę, że jest już po wszystkim i serce nachodzi jakiś taki smutek…
      Na Sylwestra przyjechały bliźniaczka i córka. Wnusia niestety nie mogła, szkoda. T^T W każdym razie było bardzo sympatycznie i żałuję, że te dni trwały tak krótko. Nie zdążyłyśmy zrobić wspólnie zbyt wiele (if you know what I mean, Suzu), ale zawsze coś, nie? Mam nadzieję, że za rok uda się to powtórzyć. Och, no i pobiłam swój rekord - zasnęłam dopiero o 5.15.
      Tuż przed świętami otrzymałam list z Japonii. Pamiętacie październikową notkę, w której opowiadałam pokrótce o warsztatach kaligraficznych? („Nie, nie pamiętamy!”, odzywają się czytelnicy.) Wspominałam też, że muszę napisać list - chodziło o taki w podzięce za przeprowadzenie warsztatów. Napisałam, wysłałam… I dostałam odpowiedź, choć zupełnie się jej nie spodziewałam! Nadal nie rozczytałam całego listu (uwierzcie, niełatwo się zorientować, na jakie znaki się patrzy, gdy zostały skreślone ręką Japonki - i to mistrzyni kaligrafii), ale otrzymałam wraz z nim dwa czasopisma o kaligrafii (w jednym jest artykuł o wizycie w Polsce; na jednym ze zdjęć widać kawałek mojej głowy xD) i dwa zdjęcia. Bardzo mnie to ucieszyło i wzruszyło!

      Mogłabym tak jeszcze pisać i pisać, ale nie mam czasu. Muszę się wziąć za robotę. Pisanie notki było przerywnikiem, ale trwa on już chyba zbyt długo, biorąc pod uwagę fakt, jak wiele jeszcze mam do zrobienia. Niech cię piekło pochłonie, japonistyko!

Świąteczne pazurki - by Kao-chan. Górne moje, dolne jej. 
I tak, wiem, że mam łapcię i paznokcie jak dzieciak.

Pasek - chomik kuzynów. Spędził z nami święta, ale nie odezwał się w Wigilię. :(


Takie tam. Spod choinki.

Strony z japońskiego czasopisma, o którym wspominałam.

17 komentarzy:

  1. Wiesz, mogę cię pocieszyć tym, że nie zniechęciłaś mnie. XD Moje liceum (bo jeszcze tylko kilka dni mnie dzieli od matury)" daje mi dooobry trening. Szczególnie pani z matmy (tak jestem na rozszerzonej matmie, a nie wiem co w ogóle robię na takim profilu, w dodatku z fizyką...), która na święta zadała nam ponad 40 zadań maturalnych... w tym 10 z kombinatoryki... Ogółem nie jestem jakimś totalnym deklem z matmy, coś rozumiem, ale na bieżąco. kiedy przychodzi sobie coś przypomnieć (choćby sprzed miesiąca) to czuje się tak jakby w nocy nawiedzili mnie kosmici i zabrali mi mózg... Jakbym miała czas i możliwość to mogłabym uczyć się tylko i wyłącznie przez cały czas znaczków, krzaczków i innych robaczków. ale cóż, na tą przyjemność sobie rzadko pozwalam, ponieważ matura się sama nie zda... w ogóle jestem z rocznika "eksperymentalnego", co ma Nową Maturę (kolejną), dlatego też spinam...
    Co do świąt to się zgodzę po części. A mówię, że po części ponieważ to zazwyczaj ja wraz z domownikami wyruszamy w podróż po domach babć, ciotek i wujów. XD
    Pozdrawiam i trzymam kciuki :3
    Aypa

    OdpowiedzUsuń
  2. W liceum też lubią męczyć, prawda. Ale nigdy nie miałam nawet zagrożenia, a teraz już wiem, że takie pismo będę musiała poprawiać. Co najmniej.
    A z nauką kanji to, wybacz, teraz Ci się tak wydaje (też przechodziłam ten etap). Póki robi się to dla siebie i własnej satysfakcji, jest super. Ale kiedy masz ich na głowie kilkaset i wszystko Ci się już myli, nie masz czasu na ich naukę, bo masz tysiąc innych spraw na głowie, a zaraz czeka Cię kolokwium, to naprawdę brzydnie. Miałam paru entuzjastów kanji w zeszłym roku - teraz nie ma chyba ani jednego.
    Powodzenia na maturze, na pewno dasz radę! ;)
    No właśnie, a u mnie jest tak, że wszyscy (dosłownie) zjeżdżają się do nas. Roboty pełno, przygotowania trwają bez końca, a wszystko to tylko po to, by zjechał się tłum, zrobił bałagan i zjadł, co się da. xD
    Dziękuję i również pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Przede wszystkim pomyśl sobie, że nie tylko Ty tak masz, a jakieś 70% studentów. Czasami nauka na prawdę nie wystarcza i trzeba się uciec do podstępów, oszustw, krętactw. Mimo że brzmi to okropnie, to niestety większość (jak nie wszyscy) absolwentów później Ci powie, że nie dało się inaczej. O ile w czasach szkolnych było to niedopuszczalne, o tyle na studiach przymyka się na to oko (sami wykładowcy tak mówią). Ma to sens, bo często każą się uczyć czegoś totalnie niepotrzebnego, a zdać jednak trzeba. Btw nie masz najtrudniejszego kierunku we wszechświecie (nie wiem, czy taki istnieje o.O) więc się tym pocieszaj. Wielu zdawało to dlaczego Tobie ma się to nie udać? Jak to zawsze moja mama sobie powtarzała w takich chwilach: "Słonia nauczyli tańczyć, a ja tego nie potrafię?" :D Każdy kierunek ma swoje złe strony, Ty masz pierdyliard krzaczków - ja pierdyliard wzorów, twierdzeń, zastosować itd.. serio, nie da się wszystkiego opanować. Sama znalazłam się teraz w tragicznym położeniu, przed sesją, niemalże z pustą wiedzą i jeszcze gorszymi wynikami z zajęć. Ale zawsze warto iść dalej, nie uda się? Trudno, można poprawić, do skutku, do celu, może przy okazji lepiej mi się ta wiedza wchłonie. może. Nie wiem, póki nie spróbuję. Także nie poddawaj się, otrzyj twarz i brnij dalej! Marudzenie i narzekanie nic tu nie pomoże (wiem to z autopsji) (:
    Z drugiej strony zobacz ile udało Ci się w tym krótkim czasie osiągnąć. Ale tak obiektywnie, bez marudzenia, że jest to niechlujne, niedbałe, nieperfekcyjne. Ja w Ciebie wierzę, jesteś zbyt sumienna, mądra i uzdolniona by się poddawać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Damy radę Kurokocchi, jak nie my to kto? hah xD Cóż mogę powiedzieć, ja już od dawien dawna się przejadłam tym japońskim i ciągle się zastanawiam, co ja robię na tym kierunku, ale z drugiej strony nie widzę siebie na niczym innym, jestem za głupia, żeby się uczyć czegoś od początku, a japoński już w jakimś tam stopniu musnęłam.
    Jakie ładne paznokcie! I ile prezentów! *O*

    OdpowiedzUsuń
  5. Ach, wiesz co Ci powiem? Ja marzę właśnie o japonistyce i nawet dzięki takiemu "smęceniu" mnie motywujesz (buhaha, o ile uda mi się w przyszłości porządnie maturę zdać, a z moim genialnym technikum, to już czuję ile będę sama kuła -.-), Raz pod wozem, raz na wozie jak to mówią. Grunt to się nie poddawać, i trzymam kciuki, żebyś już nic nie oblewała. :)
    Ze zdrowiem mam niestety podobnie i tak ciągle zaleczam i zaleczam... Ale cóż zrobić, pogoda nam nie służy, także zdrowia też życzę. :)
    Pozdrawiam, bo się przyda. XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, w takim razie życzę powodzenia w spełnianiu marzeń! ;) I zdrówka!
      Również pozdrawiam. ;)

      Usuń
  6. Rany, brawo mi za supermiesięczny zapłon. :< Przeczytałam tą stronę nie do czytania. I dzięki temu mogę napisać, że mimo wszystko trzymam za ciebie kciuki. W życiu są w zloty i upadki w różnych sytuacjach. Każdy człowiek musi przez nie przejść, jedne dotyczą bezpośrednio nas, a inne nie. I myślę, że sobie poradzisz. Dasz radę ( w sumie no to ciekawe bo to pisałaś miesiąc temu). W sumie jak jesst teraz? Już lepiej? :) Moja siostra jest na rachunkowości i kiedy zaczęły jej się kolokwia w styczniu już jakoś to mi codzinnie pisała, że chyba rzuca studia, że jest na to za głupua i zły kierunek wybrała i że żałuje, a potem się okazło, że cudem, ale jakoś udało jej się zaliczyć te najgorsze. :) albo jak to się mówi "głupi zawsze ma szczęście" XDDDD mam nadzieję, ze tego nigdy nie przeczyta, bo mnie za to zabije :D W każdym razie mam nadzieję, że jakoś udało mi się tobie poprawić humor.
    W ogóle ładne paznokcie! Bardzo mi się podobają. zazdro :O
    i informuję o nowości u mnie. ^^
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. Szkoda, że nie wpadłam tu wcześniej... ;/
    Cóż, powiem Ci, że lepiej jest wybierać studia rzadkie i ciężkie, od czegoś "prostego". Łatwiej potem o pracę. Mówię jako osoba która szuka pracy i nie może jej znaleźć. Cóż, to nie istotne.
    Oczywiście, wszystkie głodne kawałki "wszystko będzie dobrze" i "nie martw się", zapewne byłby kłamstwem, ale nie bądź aż taką pesymistką, że nie zdasz! Co by ta nie? Zdawali ludzie przed Tobą, zdasz i Ty. Pewnie łatwo nie będzie, ale w końcu zdasz. Od czego są te poprawki?? Poza tym-podziwiam Cię. Serio, dziewczyno. Japonistyka to nie prosty kierunek. Nie śmigniesz na ładne oczy. No i na pierwszym roku zaliczyłaś od razu kolokwia! Pamiętam jak mi sarsi studenci mówili, żebym oblanym kolosem się nie przejmowała, bo od tego są poprawki,by zdawać, a ja byłam taka zbulwersowana i załamana! Ale szybko się przekonałam, że poprawki nie są takie złe i mogą minąć w przyjemnej atmosferze jeśli podejdzie się właściwie do wykładowcy ;) To taki optymistyczny akcent.
    No, skoro mamy już luty, to mam szczerą nadzieję, że już sobie poradziłaś. Pewnie tak. Więc życzę Ci powodzenia w kolejnym semestrze :)

    Wpadłam tu z konkretną informacją. A mianowicie nabazgrałam coś... jakieś opowiadanko, więc jakbyś chciała poczytać, oderwać się lub zwyczajnie miała chwilę czasu, to zapraszam na Home! ;)

    K.L.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. moim zdaniem nie ma sensu ułatwiać sobie życia. Bo jak przyjdą prawdziwe problemy, to sobie z nimi nie poradzimy.

      PPS. jak pisałam licencjat, to ryczałam nad klawiaturą kompa (ale o tym cicho!) i myślałam o tym jaką idiotką byłam, idąc na archeologię. Ostatecznie się obroniłam ;)

      Usuń
  8. Mój ojciec lubi mawiać, że "studia są dla wytrwałych" i niewiele mają wspólnego z nauką. I chciałabym powiedzieć, że to nieprawda... ale to prawda. Wykładowcy lubią jak się za nimi łazi i sie ich prosi, a potem się dziękuje za "łaskę", że pozwolili nam, maluczkim, poprawić kolokwium/ egzamin. Lubią mieć władzę. Przynajmniej ja to tak odbieram. Na studiach musiałam schować dumę do kieszeni i biegać za doktorami, którzy stanowczo odmawiali możliwości poprawy kolokwium, a jak już pozwalali na poprawę, to robili ją dzień, ewentualnie dwa dni, przed egzaminem. Jedyne co możesz to chodzić, prosić, usprawiedliwiać się i załatwiać sobie zwolnienia od lekarza.
    CO do narzekania: a czy ja ci zabraniam? Narzekaj, bo duszenie w sobie emocji nie jest zdrowe. Poza tym-nie widziałaś mnie i moich napadów paniki przed egzaminem (co skutkowało obżarstwem, serio! Na 1 roku przytyłam prawie 6 kilo ;/). I jak tak panikowałam, moja przyjaciółka słuchała tego z anielską cierpliwością, potakując, a potem pytała co zamierzam zrobić. Myślałam chwilę i wiedziałam co mam zrobić. I to robiłam. Dlatego jak dla mnie możesz narzekać, narzekać i narzekać.

    Aa dzięki, ale ja to żartuję już, że prędzej trafię szóstkę w lotka niż znajdę pracę w Rzeszowie (czarny humor).

    Dzięki, że wpadłaś i napisałaś kilka słów ;) Kłaniam się i życzę nie powodzenia, a wytrwałości właśnie :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Próba nie strzelba- nie zginiesz od tego. Przecież nie będziesz błagać o zal. Poza tym-macie awans? Czyli powtarzanie przedmiotu. Za to, rzecz jasna, się płaci, ale ceny są różne. Na archeo awans sporo kosztował.
    Ale bądźmy dobrej myśli! Może wykładowcy sami wpadną na poprawki??

    OdpowiedzUsuń
  10. Dzięki ^^
    No trochę napisałam... Ale nie wiem czy będzie to dłuższa opowieść.
    Haha xD Zgadzam się, niech faceci znają swoje miejsce!

    Uff... Więc jest promyk nadziei. Pogratuluję jak już pewne będzie, że zdałaś ;)

    Pozdro!

    OdpowiedzUsuń
  11. Nowina, nowina! Zapraszam na drugą część Krainy Wschodu na Home!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  12. Dziękuję za komentarz(e) ;)
    Cóż, co do wojen i wszystkich wydarzeń historycznych (lub pseudo historycznych) -> wszystko zależy od punktu widzenia i ilości zdobytych informacji...
    Haha :D Dzięki za pochwałę moich amatorskich fotek :D Tia, była zima, była, ale nie trwała długo, teraz już nawet śniegu nie uraczysz... ;(
    Będę informować, oczywiście :* Ale muszę uprzedzić, że tamtego bloga mam na innym mejlu i będę się inaczej podpisywać (moim imieniem, którego szczerze nie cierpię).
    Pozdro! :*

    OdpowiedzUsuń
  13. Great post! love your nail art

    Would you like to follow each other?
    let me know if you follow me, and I will follow you back after it.
    thank you!


    Tom and Tins

    OdpowiedzUsuń
  14. Hey! Tu Kiran Lilith z drugiego konta ;)
    Zapraszam na porcję fotek z pewnego miejsca, do którego mam wielki sentyment!
    http://fotoblog-rysujeaparatem.blogspot.com/
    Zapraszam!
    Kiran Lilith

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie komentarz. Jeśli tylko czas mi na to pozwoli, z chęcią się odwdzięczę.